O historii nie na kolanach
stat4u
niedziela, 24 stycznia 2016
środa, 30 grudnia 2015

Flaszka nalewki niewiadomej proweniencji, ale wiadomych skutków, skłoniła mnie do zajrzenia na strony FBC. Dawnom tam nie bywała z przyczyn obiektywnych. Zaś asumpt wewnętrzny, wywołany zgorszeniem współczesnymi mediami skierował mnie na wiadomości mocno przeterminowane. Stwierdziłam, iż zajrzę sobie do pierwszej lepszej gazety sprzed dokładnie stu lat.

Okazało się jednak, że nie ucieknę przed demonami. Albowiem zacny periodyk "Ilustrowany Kuryer Codzienny" wydawany, a jakże, w  Krakowie (mateczniku wielu wielkich Polaków) przypomniał mi słowa najprzewielebniejszego proboszcza z Królowych Mostów, że czasy jakby inne, ale ludzie ci sami (albo to nie był proboszcz... nieważne, rację miał). Od siebie mogę tylko dodać, że media jakby inne, ale zbrodnie te same.

Ale do rzeczy. Otóż "Ilustrowany Kuryer" donosi za "Gazetą Lwowską", iż C.K. (cesarsko-królewski) Sąd Obwodowy w Tarnowie nakazał konfiskatę modlitewnika oskarżonego o zbrodnię zdrady ogólnej i coś tam jeszcze ze spokojnością publiczną związane.

A teraz treść oskarżona o zbrodnię tak poważną:

Nie mam pojęcia, czy panu Miarce chodziło o pomnożenie cnót, czy cnotę pomnożenia (cesarz Mikołaj pomnożył się skutecznie, a nie został zanęcony pincet złotymi, nie spełniał niestety kryterium dochodowego). W każdym razie Sąd Obwodowy uznał tą modlitwę za wezwanie do pomocy monarsze w przeprowadzce na łono Abrahama. Zarówno Karol Miarka w swoim wezwaniu do modlitw za cesarza, jak i CK sąd w swojej obawie o ziemski żywot Mikołaja okazali się nie lada jasnowidzami. Niecałe trzy lata później modlitwy okazały się jak znalazł, aczkolwiek nie za sprawą wrogiego medium.

Morał jest krótki i nudny: sądy niech uważają, co orzekają, sejmy co procedują, media o czym trąbią, a wierni o co się modlą. Bo to się cholera może spełnić.

Idę szukać kolejnej flaszki.

 

niedziela, 19 lipca 2015

Pierwsi uchodźcy

 

 

Wielki książę litewski Witold (wtedy jeszcze namiestnik Jagiełły) był świeżutkim nabytkiem chrześcijaństwa. Oczywiście mocno niezorientowanym w tym co wolno, a czego nie wolno szanującemu się członkowi kościoła rzymskiego. Może i był w tej czy innej kwestii ignorantem, ale jednocześnie był człowiekiem pragmatycznym.

W owych czasach matuszka Rasija była nie sto, a tysiąc lat za Afrykańczykami. Ich terenami rządziła Złota Orda, która skutecznie goliła brody ruskim bojarom. Jak to w ordach bywa, władza nie była dana raz na zawsze i co jakiś czas nowy samiec alfa zgłaszał militarnie swoje pretensje do stołka chana.

Witold zwęszył biznes podczas jednego z takich przewrotów i wsparł zdetronizowanego chana Tochtamysza. Niestety owa interwencja w obronie skrzywdzonego (he he) skończyła się przypałem nad Worsklą i pierwszą falą muzułmańskich uchodźców, którzy trafili na tereny późniejszej Rzeczpospolitej Obojga Narodów.

Pragmatyzm Witolda przejawił się w "utylizacji" kipczackich wyrzutków. Tatarzy są świetnymi żołnierzami - wytrzymali, sprytni, odporni na niewygody. Nadał więc im majątki ziemskie z przypisanym do nich obowiązkiem służby wojskowej. Tatarzy mogli swobodnie nimi dysponować. Ponadto mogli swobodnie wyznawać Allaha, wiązać się węzłami małżeńskimi z chrześcijankami, trzymać chrześcijańską służbę, a nawet byli zwolnieni z podatków. Nie wszystkim się ta taktyka podobała, co Witold miał skwitować słowami "najdziksze zwierzęta można oswoić łagodnością". Tak czy inaczej Tatarzy zostali wiernymi sługami wielkiego księcia. Syn Tochtamysza wraz z tysiącem lub nawet więcej konnych stanął u boku wojsk litewskich pod Grunwaldem. W ciągu kolejnych stuleci wspierali wojska litewskie podczas kolejnych kampanii.

Niestety nastanie Wazów, znanych z dewocji, nastanie wojen inflanckich dokopało litewskim Tatarom (zwanym pospolicie Lipkami). Wojny na Inflantach oznaczały ciągłą gotowość do wskoczenia na koń i przymusowe porzucenie ziemi, z której żyli. Tatarzy musieli zubożeć. Zaczęła się wtedy akcja pozbywania majątków, do których przywiązany był obowiązek nieodpłatnej służby wojskowej. Tatar bez ziemi zaciągał się do prywatnych chorągwi i znowu robił to, na czym znał się najlepiej, ale tym razem za żołd. Najczęściej lądował na terenach koronnej Ukrainy, gdzie napotykał współwyznawców Allaha, którzy jako jeńcy wylądowali tam przed wiekiem (tych nazywano Czeremisami).

Wypadki połowy XVII wieku odbiły się czkawką całej Rzeczpospolitej. Najazd moskiewski na Litwę uderzył mocno w tatarską szlachtę. Ich majątki zostały zniszczone, a ona sama wypędzona. Ruchomości, które Tatarzy usiłowali wywieźć do Korony, rozgrabiła szlachta podlaska i mazowiecka. Porzucone grunta przywłaszczyli sobie sąsiedzi. Akta sądowe spłonęły podczas wojny, co znacznie utrudniało odzyskanie przez Tatarów swojej własności. Nie dziw, że Tatarzy litewscy skierowali wzrok na Wołyń i Podole. A stąd już bardzo blisko do niesławnego Azji Tuhajbejowicza, którego dalekim pierwowzorem był niejaki Aleksander Kryczyński.

 

Rotmistrz Kryczyński

Aleksander Kryczyński był najprawdopodobniej synem litewskiego Tatara, który osiadł na Wołyniu. Tuż przed potopem szwedzkim wystawił 100-konną chorągiew tatarską, z którą brał udział w partyzantce anty szwedzkiej, Wsławił się męstwem w bitwie pod Cudnowem. Żadne jednak zasługi nie wymusiły na władzach koronnych terminowej wypłaty żołdu. Obdarci i głodni żołnierze dopuszczali się wszelkiej maści ekscesów, a następnie zostali wysłani na Zadnieprze przeciw Moskwie, gdzie po drodze musieli pacyfikować bunty chłopskie. Wszystko to w zimnie i o głodzie, żywiąc się zdechłymi końmi. A żołdu jak nie było, tak nie było.

Kryczyński kupił sobie dzierżawę wsi Cecyniówki. Niestety Tatarom nie wolno było nabywać ziemi w dziedzictwo. Kryczyński chciał jednak ową wieś przekazać synowi. Wniósł więc wniosek do sejmiku halickiego, poparty przez wojsko koronne i silne argumenty w postaci niepodważalnych zasług wojennych rotmistrza tatarskiego. Sejmik się przychylił i sporządzono w sprawie Kryczyńskiego instrukcję na sejm walny. Ten jednak został zerwany, a Kryczyński został z niczym.

Tymczasem na Ukrainie zaczął rozrabiać Doroszeńko, którego należało uspokoić. Kryczyński znowu musiał się ze swoją chorągwią pofatygować na trudy i znoje, a zwycięską bitwę pod Podhajcami wynagrodzono im jakimiś tam upominkami, bo na pewno nie wypłatą żołdu. Mamy rok 1667, wkurzonych i sfrustrowanych Tatarów i jedynie pięć lat do konfrontacji z potęgą turecką.

Prawo do dziedzicznej dzierżawy Cecyniówki Kryczyński w końcu uzyskał. Zazwyczaj jednak przebywał (pomiędzy jedną a drugą wyprawą wojskową) w Wólce Horodeleckiej. Zapisy ksiąg sądowych w Bełzie czy Lublinie są dowodem, że darł koty z sąsiadami przykładnie, jak typowy polski szlachcic. Sąsiedzi wzajemnie zaorywali i obsiewali (sic!) sobie pola, wołami, końmi i gęśmi spasali zagony, stogi podbierali, wieprzki pożerali, inwektywami obrzucali. I tak całymi latami ciągnęło się pasmo gwałtów i nadużyć przerywanych stypami, raz po jednej raz po drugiej stronie.

Pomimo polskiej mentalności Kryczyński pozostał jednak gorliwym muzułmaninem. W księgach sądowych w Bełzie pozostał dokument świadczący, że podpadł biskupowi wołoskiemu Rudzińskiemu nawracaniem katolików na wiarę "tatarską". Tatarzy zawsze byli bardzo tolerancyjni wobec chrześcijan, chodziło więc o co innego. Na ziemi bełskiej osadzano jeńców muzułmańskich, których chrzczono siłą. I zapewne to takich "chrześcijan katolików" miał na myśli jego ekscelencja biskup.

Eksodus Lipków na Ukrainę zaognił stosunki polsko-tatarskie. Tatarzy byli solą w oku lokalnej szlachty. Rozporządzenia królewskie z ostanich lat panowania Jana Kazimierza są jasno wycelowane w redukcję liczebności chorągwi tatarskich i ograniczenie swobód Tatarów. Nałożono na nich pogłówne, zazwyczaj nakładane na prosty ludek. Do tego skarb koronny, goły i wesoły, postanowił zaoszczędzić na zaciężnych Tatarach, pozostających w służbie Rzeczpospolitej i nie wypłacać im żołdu.

 

W służbie sułtanowi

Niezły był to pretekst dla sułtana, który oficjalnie wziął w obronę polsko-litewskich muzułmanów. Nieoficjalnie zaś chciał w nich obudzić tendencje separatystyczne (klasyczny motyw). Jednocześnie Jan Kazimierz wysyłał do Turcji polskich Tatarów w charakterze dyplomatów. Z jednej strony Tatarami pomiatał, z drugiej powierzał im istotne dla racji stanu zadania. Oczywiście Tatarzy nawiązywali tam kontakty niekoniecznie służące Rzeczpospolitej.

Lata poprzedzające nawałę turecką 1672 roku zapełniały najazdy Kozaków i Tatarów. Hetman Sobieski zapadł chyba na pomroczność jasną wystawiając nieopłacone wołyńskie chorągwie tatarskie w strefie przygranicznej, w warunkach bezsenności, głodu, chłodu i ciągłej wojny podjazdowej ze zbuntowanym chłopstwem. Kiedy zimą 1671/1672 głód zaczął mocno doskwierać obrońcom przejścia białocerkiewskiego, ci zaczęli wiać pod skrzydła dobrotliwego sułtana. Zwiał też i Kryczyński. W doroszeńkowym obozie oczekiwał na nadejście potęgo osmańskiej.

Podczas  wojny Kryczyński ze swoimi Lipkami, grabił, palił, brał jasyr. Mimo buczackiego pokoju, który zresztą gwarantował Tatarom prawo emigracji do Turcji,  Kryczyński nadal szalał na Wołyniu i Podolu plądrując i grabiąc wszystko co się dało. Jednakże jego podkomendni byli coraz bardziej rozdarci. Tatarom wołyńskim taki stan rzeczy odpowiadał, byli całkowicie oddani nowym panom. Jednak Tatarzy litewscy byli bardziej do Rzeczpospolitej i jej wolności przywiązani.

Sobieski, inteligentny człowiek, doradzał radzie wojennej, aby uchwalił amnestię dla Tatarów chcących wrócić pod skrzydła Korony. Zaś sejm przyjął te zalecenia i uchwalił przywrócenie Tatarom litewskim ich praw i swobód.

Sejm pokoju w Buczaczu nie ratyfikował. Obie strony szykowały się więc do ponownego starcia. Kwestia tatarska nadal była więc dla obu stron istotna. Jako odpowiedź na działania Sobieskiego, Lipkowie otrzymali od sułtana miasto Bar "na wieczność", a bejem barskim został nie kto inny jak Aleksander Kryczyński, który szybko zadomowił się w nowych warunkach, a nawet założył sobie haremik. Z twierdzy barskiej, co prawda mocno sponiewieranej, urządzał sobie bej Kryczyński najazdy na polską część Podola, Wołynia i Rusi Czerwonej. Te bandyckie wypady Lipków były oficjalnie podawanym powodem  zerwania ugody buczackiej.

W tajemnicy przed Kryczyńskim, część jego ludzi porozumiała się z hetmanem Sobieskim. Jednak do żadnych zdecydowanych kroków nie doszło. Dopiero zbliżanie się wojsk polsko-litewskich spowodowało wzburzenie wśród Lipków. Zapewne doszło do potężnej awantury między bejem a zwolennikami powrotu do Korony. 13 października 1673 roku  owo starcie zakończyło się  dla Kryczyńskiego przebiciem dzidą i rychłym zgonem.

Miesiąc po śmierci Kryczyńskiego, w bitwie pod Chocimiem po stronie polskiej stanęły trzy chorągwie tatarskie. Był to niewątpliwy dowód zaufania, którym hetman wielki obdarzył Tatarów pomimo niezbyt szczęśliwych wypadków. Sobieski, już jako król, zdobył twierdzę barską, ale zamiast wyciąć Lipków w pień, przyjął ich na powrót do wojsk Rzeczpospolitej.

Pomimo kolejnych zatargów z Turcją Lipkowie barscy nie mieli już ochoty ponownego udawania się pod ochronne skrzydła sułtana. Nawet syn Kryczyńskiego uzyskał od Sobieskiego amnestię i powrócił do Polski jako syn marnotrawny.

 

Morał? Nie ma dymu bez ognia, zdrady bez powodu. Nie ma powodu bać się muzułmańskich uchodźców. Trzeba bać się własnej głupoty i podłości. Największym bohaterem tej historii jest hetman, potem król, Jan Sobieski. Małostkowość jest wrogiem wielkości, panie prezesie.

 



piątek, 22 maja 2015

Człowiek obdarzony został wolną wolą. On sam decyduje o swoich czynach, sam kreuje własne życie. Bóg, chociaż jest wszechmocny, nie ingeruje w człowiecze wybory. Taka jest teoria, zaś praktyka wskazuje, że wielu ludzi uważa, że może wyręczać Boga i pakuje swoje brudne paluchy między człowieka i jego autonomię.

Ci sami ludzie głoszą prawdę objawioną, że wola i rozum ludzki góruje nad biologią i instynktami. Ci sami zresztą, którzy uważają homoseksualizm za grzech. Wpływ czynników biologicznych na zachowanie człowieka uważają za taką samą herezję jak legendę o Świętym Graalu.

Tradycja przez stulecia tępiła kobiety jako istoty słabe, łatwo ulegające popędom, niestabilne i zmienne jak poglądy posła Dudy. Nie można zarzucić fałszu tym zarzutom. Z tym że XX wiek odkrył, że to nie wina opętania przez szatana a hormonów, dzięki którym kobiety biorą sobie na kark potomstwo, często wbrew logice.

Ale co to ma wspólnego z demokracją i wyborami zarządu państwa?? Okazuje się, że sporo. Liberał Barack Obama wygrał głosami singielek, konserwatysta Romney z kolei zbierał głosy mężatek.

Owulacja i towarzyszące jej hormony wpływają na wyborcze preferencje kobiet. Jajeczkujące singielki wyrażają liberalne i mniej religijne postawy. Z kolei owulujące panie znajdujące się w związku wykazują poglądy bardziej konserwatywne i pro-religijne.

W okresie wysokiej płodności u kobiet wzrasta libido, zainteresowanie facetami, rośnie ilość energii poświęcanej na pindrzenie się i imprezowanie. Hormony mówią “czas na rozmnożenie”, a mózg służalczo wysyła sygnały. Nic dziwnego, że w przypadku wolnych kobiet, liberalne poglądy i władze ułatwiają realizację podstawowego celu, jakim jest bzykanie.

Z kolei z punktu widzenia pań “zajętych” luźne postawy ich wolnych koleżanek stanowią zagrożenie. Promują one niewierność ich mężów, ojców ich dzieci czy innych konkubentów. Może to skutkować utratą status quo i zasobów potrzebnych do wychowania własnego potomstwa. I wolą, kiedy państwem rządzą konserwatyści i specjaliści od kamienowania.

Nie demonizowałabym tego odkrycia. Osobiście nie cierpię zamordyzmu, ortodoksji religijnej i zaglądania do cudzego wyra niezależnie od obrączki na palcu i fazy cyklu (w fazie PMS nawet bardziej). Jednak to nie koniec hormonalnych sensacji. Teraz weźmy na tapetę samców.

Głównym samczym hormonem jest testosteron, odpowiedzialny za pożądanie, agresję, dominację i parę innych paskudnych cech, w tym skłonność do współzawodnictwa. Poziom testosteronu rośnie w sytuacji, kiedy samcowi rzucono wyzwanie. Jakiekolwiek. W rezultacie rozstrzygnięcia starcia, we krwi zwycięzcy wzrasta poziom testosteronu, u przegranego zaś spada.

Wybory państwowe są również rodzajem współzawodnictwa. Kiedy wygrywa kandydat/partia preferowana przez danego pana, poprzez wzrost testosteronu ewolucja promuje zwycięskie postawy - taki mężczyzna odczuwa wzmożoną chęć dzielenia się DNA i przekazywania swoich cech potomstwu. Z kolei przegranemu wszystko opada. Dosłownie i w przenośni. Co ciekawe kobiety są odporne na wahania poziomu testosteronu wywołane zwycięstwem lub porażką.


Powyższe obserwacje generują dość absurdalny wniosek, że o tym, który facet będzie promował swoje geny od poniedziałku decyduje statystyka cyklu menstruacyjnego żeńskiej populacji (kobiety, chociaż mniej stabilne, są liczniejszą grupą wyborców). Normalnie jaja. I jajeczka.


https://www.psychologytoday.com/blog/caveman-politics/201211/sex-hormones-and-the-elections

http://journals.plos.org/plosone/article?id=10.1371/journal.pone.0007543

https://www.psychologytoday.com/blog/caveman-politics/201404/not-polite-company-menstrual-cycles-politics-and-science

niedziela, 17 maja 2015

Po raz kolejny napiszę, że Ameryka to dziwny kraj. Sposób wyboru prezydenta tego wielkiego kraju jest tak porąbany, że pewnie sami Amerykanie go nie rozumieją. Amerykański prezydent wybierany jest na dwa razy, ale nie w dwóch turach znanych z polskich realiów. Głowa USA wybierana jest przez Kolegium Elektorów. Z kolei tych elektorów wybiera się w głosowaniu powszechnym. Elektorów wystawiają poszczególne partie wystawiające swoich kandydatów do gabinetu owalnego i dlatego głosując na elektora z danej partii zwykły Amerykanin głosuje pośrednio na kandydata na prezydenta.

Grupa holenderskich psychologów postanowiła przebadać wszystkie elekcje amerykańskich prezydentów i sprawdzić, czy wzrost kandydata ma znaczenie. Wykopali wszystkie możliwe dane, użyli zaawansowanych metod statystycznych, by stwierdzić, że tak. Wzrost ma znaczenie.

Zwycięzcy byli średnio wyżsi od przeciętnego Amerykanina o około 7 cm, tylko 7 z 43 prezydentów miało wzrost poniżej średniej. Co więcej, kandydaci, którym nie udało się wygrać wyborów, również byli wzrostu o około 7 cm przekraczającego średnią, co oznacza, że wszyscy kandydaci byli sporo wyżsi od zwykłych Amerykanów. Ostatni prezydent, którego wzrost był poniżej średniej, został wybrany w 1896 roku. Potem media nauczyły się rozpowszechniać wizerunki…. Oznacza to, że znaczenie wzrostu kandydata podczas procesu elekcji jest coraz większe.

Jakby tego było mało, Holendrzy stwierdzili, że wyżsi prezydenci byli częściej postrzegani jako “wielcy”. Wysocy prezydenci byli odbierani jako lepsi przywódcy niż niscy, przypisywano im lepsze umiejętności komunikacyjne oraz lepiej oceniano ich ogólną działalność. Zresztą, również w innych dziedzinach ludzie wysocy, szczególnie faceci, są częściej liderami w grupie lub zajmują pozycje zarządcze.

Ustalenia naukowców są zgodne z tym co mowi nam nasza intuicja, ale dlaczego  tak się dzieje? Wzrost może oddziaływać na nasz odbiór człowieka jako przywódcy poprzez naszą percepcję jego osoby w kategoriach dominacji, zdrowia i inteligencji. Uczestnicy badania oceniali zdjęcia osób wysokich i niskich pod względem ich cech przywódczych. Wzrost był silnie skorelowany z wysoką oceną przywódczości - osoby wysokie były oceniane nie tylko jako bardziej dominujące, ale również zdrowsze i inteligentniejsze. Każda pani wie, że atrakcyjność mężczyzny zależy od jego wzrostu - im wyższy, tym lepiej. A im atrakcyjniejszy mężczyzna, tym większe ma szanse zostać przywódcą.

W przypadku kobiet ta zasada działa inaczej - cechy przywódcze przypisuje się kobietom, u których wysoki wzrost idzie w parze z przypisywaną im inteligencją. Wysoki wzrost u kobiety nie jest kojarzony z dominacją i inteligencją, a związek wzrostu z przywódczością jest znacznie słabszy niż w przypadku mężczyzn. Co ciekawe, zarówno u kobiet jak i u mężczyzn wysoki wzrost jest silnie związany z domniemanym statusem społecznym - czyli im ktoś jest wyższy, tym chętniej przypisuje mu się wysoką pozycję w społeczeństwie.

Chcemy czy nie, pomimo rozbudowanego mózgu i umiejetności logicznego myślenia wciąż jesteśmy zwierzętami i podlegamy ewolucyjnym instynktom. Większy samiec ma większe szanse spuścić łomot konkurentom do krycia samicy czy przejąć dowództwo w stadzie. Naukowcy holenderscy sugerują, że przez pryzmat swojego badania zidentyfikowali nowy typ dyskryminacji. Wystarczy sobie przypomnieć epitety jakimi spora część społeczeństwa obrzucała braci Kaczyńskich: ”kurduple”, “krótki jest, mózg się z gównem miesza” itp itd. Dyskryminuje się niskich ludzi, szczególnie mężczyzn, rzadziej awansują, mają niższe zarobki. Podobnie zresztą jak kobiety, osobnicy zbyt dużych gabarytów i mniejszości rasowe. “Wzrościzm” jak nic.

Można się zastanawiać, na ile to odkrycie jest uniwersalne. Za Chińczyków się nie wypowiem, ale w warunkach polskich jest ono prawdziwe i zauważalne. Bracia Kaczyńscy są dowodem oraz rady mojej babci, która do znudzenia mi powtarzała “pamiętaj, nie wychodź za kunusa”.


Andrzej Duda jest wyższy od Bronisława Komorowskiego o 8 cm.Przynajmniej tak twierdzi Fakt albo inny Superekspres. Zobaczymy czy Polacy są w stanie przeskoczyć biologiczny instynkt wąchania tyłka największemu samcowi w stadzie.


Stulp, G., et al., Tall claims? Sense and nonsense about the importance of height of US presidents, The Leadership Quarterly (2012), http://dx.doi.org/10.1016/j.leaqua.2012.09.002



czwartek, 14 maja 2015

Jeśli jakiemukolwiek wyborcy wydaje się, że decyzję o tym czy i na kogo głosować podejmuje racjonalnie, to grubo się myli. Człowiek kieruje się popędami, tfu emocjami, a potem do swoich afektowanych zachowań dorabia teorię lub ideologię, jak kto woli. Kto jak kto, ale Polak, wieczna ofiara swojego narwania, powinien być tego świadomy. Ale kto lubi przyznawać się do swojej nieracjonalności?

Emocje wzbudzają w nas sprawy, które są nam bliskie, drogie. Dzięki uczuciom przezwyciężamy inercję i udzielamy się społecznie, charytatywnie, oddajemy krew i szpik. I to dzięki emocjom właśnie te nieszczęsne 49% pofatygowało się w niedzielę do urn. Kampania wyborcza (każda, w każdym kraju) pokazuje jednak tą mroczniejszą stronę emocjonalności człowieka. Człowieka bowiem bardziej rajcują podniety negatywne. Wystarczy popatrzeć na przeciwników praw gejów, aborcji, in-vitro… tytułują się oni ruchami pro-life, ale tak naprawdę ustawiają się “anty”. W każdym razie ich emocje (a co za tym idzie wyczyny) są o wiele bardziej wyraziste niż wyważone odczucia i zachowania zwolenników małżeństw homoseksualnych czy in-vitro. Głównym paliwem dla człowieka jest obrzydzenie, strach czy gniew - czy się to komuś podoba czy nie.

Panowie Tversky i Kahneman odkryli, iż osobnika ludzkiego bardziej napędza unikanie bólu niż szukanie przyjemności. Gdyby to ustalenie przenieść na grunt ostatnich wyborów prezydenckich (czy jakichkolwiek innych) okaże się, że te wspomniane 49% uprawnionych wrzuciło kartę do urny, aby oszczędzić sobie perspektywy oglądania przez kolejne pięć lat facjaty znienawidzonego pretendenta do tronu. Nie ma co ukrywać, że taka ewentualność wywołuje niepokój, rozczarowanie czy gniew. I obywatel pędzi do urny, żeby zminimalizować ryzyko nieprzyjemności. Niezależnie od obsady aktorskiej przedstawienia wybiera się niestety “przeciw”, nie “za”. I tegoroczne wybory wcale nie są pod tym względem wyjątkowe.

Inną stroną naszej emocjonalności jest zainteresowanie problemami niekoniecznie nas dotyczącymi. Jak zwykle ma to dobre i złe strony, bo o ile walka o najuboższych i najsłabszych jest czymś szlachetnym (w sytuacji bieda czy wykluczenie walczącego nie dotyczy), to zaglądanie do cudzego łóżka czy zajmowanie się sposobem rozmnażania sąsiadów rodzi tylko niesnaski. Podniecanie się cudzymi sprawami znamy aż za dobrze. Teoretycznie to co robi dwóch sąsiadów gejów razem w łóżku mnie nie dotyczy - przecież nie muszę tego oglądać, ani tym bardziej w tym uczestniczyć. A jednak. Pojawia się emocja obrzydzenia nakryta dla niepoznaki kocykiem prawa naturalnego. Afera gotowa.

Wchodząc znowu na grunt wyborczy - głosujemy na kandydata, który nie będzie narażał nas na nieprzyjemne doznania - zlikwiduje podatki w zamian za co podwyższy nam renty, emerytury i pensje, zdelegalizuje zachowania, które nas brzydzą (związki homoseksualne, “podejrzane” moralnie praktyki medyczne).

Można by się zastanawiać, czy tak niska frekwencja to powód do radości czy do smutku - z jednej strony może oznaczać, że połowa uprawnionej do głosowania populacji nie odczuwa wystarczająco silnych złych emocji, żeby wstać z kanapy i usiłować coś zmienić. Z drugiej strony, jak kiedyś pisałam, nadmiar obrzucania się ekskrementami przez polityków powoduje znieczulicę wśród społeczeństwa.  No to nie wiem - jest tak dobrze, czy tak źle...



środa, 06 maja 2015

Zastanawiam się, co było pierwsze - bezradność czy narzekanie. Kiedy jest nam z jakiegoś powodu źle, a wszystkie nasze wysiłki, aby zmienić to coś w naszym otoczeniu spełzają na niczym, stajemy się bierni, wycofujemy się z działań i hodujemy dorodną frustrację. Sfrustrowani, pozbawieni poczucia kontroli nad własnym życiem zaczynamy…. narzekać.

Martin Seligman za odkrycie “wyuczonej bezradności” powinien dostać Nobla. Nieprawdą jest, że dotyka ona jedynie klientów pomocy społecznej, to tylko najprostszy przypadek. Każdy z nas trafia czasami w mur albo szklany sufit, których nie idzie przebić w żaden sposób. A po jakimś czasie przestaje walczyć.

Ja osobiście nabawiłam się owej “wyuczonej bezradności” mieszkając w blokowisku należącym do spółdzielni mieszkaniowej, stutysięcznego molocha. Nie miałam kompletnie żadnego wpływu na środowisko, w którym żyłam - ani na zieleń, ani na pory snu, temperaturę wody w kranie, nawet na wybór telewizji kablowej, bo o satelitarce mogłam zapomnieć (na dachu nie wolno, a z balkonu ściągałam co najwyżej pranie). Awantury w administracji nic nie dawały, bo obsługa cierpiała na “wyuczoną odporność” na petenta. Finał tej historii był taki, że w pewnym momencie zaprzestałam próśb, gróźb i karczemnych awantur, bo przypominało to opowieść Cervantesa. Za to zaczęło się co innego: marudzenie, narzekanie i zawracanie zada ludziom, którzy nic nie mogli z tym fantem zrobić. To dopiero była bezproduktywna strata czasu i energii oraz psucie powietrza.

A gdyby tak tą opowieść przenieść na grunt nadchodzących wyborów… jednych i drugich. Polacy najniższym zaufaniem darzą parlament, rząd i partie polityczne. Prezydent cieszy się nieco większym zaufaniem społeczeństwa, ale wbrew temu co twierdzą aktualni kandydaci, prezydent może tyle co wiadomo kto za okupacji. W skrócie rzecz ujmując Polacy czują się wybzykani, mają świadomość, że wszelkie obietnice wyborcze i tak zostaną złamane, ergo nie mają wpływu na kształtowanie państwa i jego polityki. I co? Nie rodzi to “wyuczonej bezsilności”? A ile narzekania z tego płynie… każde spotkanie towarzyskie, rodzinne, majowy grillik przy “zimnym leszku” to jedno wielkie utyskiwanie na władzę wszelaką. Od wójta niedojdy począwszy na Obamie skończywszy. Płacze, zgrzyty, lamenty...

A kiedy, raz na jakiś czas, można wyrazić swoje zdanie przy urnie… frekwencja wyborcza oscyluje wokół 50% (przy wyborach do Parlamentu Europejskiego mniej jak 25%). Połowa wyborców świadomie rezygnuje ze swojego prawa do zmiany środowiska politycznego. I sama wpędza się w “wyuczoną bezradność”. Nie kwestionuję powodów, dla których obywatele gremialnie zlewają wybory. Nie da się. Tylko że wypłakiwanie się przypadkowym, Bogu ducha winnym słuchaczom kompletnie nic nie daje. Podobnie jak awantury przy świątecznym stole.


Trzeba przyznać, że w Polsce panują wyjątkowo sprzyjające warunki dla rozwoju epidemii “wyuczonej bezradności” - i to w każdej dziedzinie życia. Właśnie dlatego trzeba zwalczać w sobie objawy tej paskudnej przypadłości. Trzeba walczyć o swoje jak o niepodległość. Jeśli nasza bierność komuś służy, to właśnie nieudolnej władzy.

sobota, 02 maja 2015

United States to dziwny kraj. Nawet wybory mają we wtorki. Mało tego, punkty wyborcze znajdują się w tak kosmicznych miejscach jak kościoły, garaże, sale gimnastyczne, sklepy... Jakoś z tym żyją, a frekwencję mają ciut wyższą niż Polacy głosujący w dzień wolny.

Amerykańscy naukowcy (uwielbiam ten epitet) przebadali wpływ miejsca głosowania na wynik wyborów, szczególnie frekwencję (niska tam gdzie np. brak miejsc parkingowych, bo jak wiadomo Amerykanie pieszkom nie chadzają), błędy i pomyłki (głosowanie w sali gimnastycznej podczas zajęć W-F).

Miejsce oddawania głosu ma istotne znaczenia także w kwestii merytorycznej. Jeśli kampania wyborcza kręciła się wokół reformy oświaty, a urny znajdują się w szkołach i przedszkolach, kandydaci forsujący korzystniejsze dla oświaty rozwiązania mogą mieć pewną przewagę. Inny przykład (autentyczny): w pewnej polskiej wsi wywiązała się awantura między wójtem a strażakami o remizę, która znajdowała się na gminnej działce. Poszła fama, że wójt chce zabrać strażakom remizę. A punkt wyborczy mieścił się w remizie. Wynik był łatwy do przewidzenia....

A co do kościołów.... umieszczenie punktów wyborczych w kościołach to iście szatański koncept. Badania na studentach polegające na urządzeniu fikcyjnego głosowania nad poparciem dla badań nad komórkami macierzystymi ujawniły, że studenci narażeni przed oddaniem fikcyjnego głosu na oglądanie wizerunków kościołów, mieli o 25% mniejszą skłonność do poparcia do ich poparcia niż ci, którzy oglądali zdjęcia neutralne światopoglądowo. W innym badaniu, studenci głosujący w zaimprowizowanych kościołach głosowali przeciw aborcji, małżeństwom gejów oraz za karą śmierci o 13% częściej niż grupa kontrolna głosująca w neutralnym miejscu.

Badacze amerykańscy jasno stwierdzili, że umiejscowienie urn w kościołach silnie faworyzuje kandydatów konserwatywnych, przeciwników in vitro, aborcji, związków partnerskich (czyli stałego wyborczego repertuaru). Przenosząc te doniesienia na polski grunt można odważnie założyć, że urządzanie wyborów w niedziele jest ukłonem w kierunku partii chadeckich i konserwatywnych. Wyborcy wychodząc z kościołów (nawet jeśli księża powstrzymali się od udzielania wskazówek) są już w pewien sposób zmanipulowani. I w takim stanie udają się do urn. Przypominam, że samo zdjęcie kościoła wystarczy, aby wzmocnić u oglądającego poglądy konserwatywne.

Umieszczenie w knajpie logo znanych marek piwa powoduje znaczny wzrost jego konsumpcji, nawet jeśli ludzie świadomie nie zwracają na nie uwagi. Bo nami bardzo łatwo manipulować. Łatwiej niż nam się wydaje.

Nie powinnam głośno pisać, że w USA wybory mogą odbywać się w kościołach. Polski Kościół zapewne klaskałby uszami na takie rozwiązanie - jedna kolejka do komunii, a druga do urny. Strach się bać.

https://www.psychologytoday.com/blog/the-big-questions/200912/voting-in-churches-increases-conservative-voting-choices

 

piątek, 01 maja 2015

Kampania wyborcza nie polega na przekonywaniu wyborców, że ja jestem zajebisty, tylko że konkurenci się do dupy. Nazywa się to kampanią negatywną. O kampanii pozytywnej ktoś podobno słyszał, ale mało kto widział. Albowiem jest nieskuteczna.

Kampanijny pesymizm to nie tylko polski "problem". Niestety jak demokracja długa i szeroka pretendenci do stołków wszelakich obrzucają konkurencję odchodami jak szympansy w ZOO i liczą, że na zasadzie negatywnego porównania zgarną więcej głosów motłochu. Amerykańskie badania tematu wykazują jednak niestabilność wyniku takiej procedury. Z jednej strony bowiem ciągłe szkalowanie, szukanie haków i dożynanie watahy ma odpychające działanie na obywateli, czyli zmniejszające ich zaangażowanie w życie polityczne - polityka wydaje się być tolkienowskimi Martwymi Bagnami, które najlepiej omijać szerokim łukiem. Z drugiej strony jednak, w przypadku wyborów samorządowych, negatywna kampania informacyjna (podkreślam słowo "informacyjna") zwiększała dyscyplinę wyborców, którzy tłumniej wyrażali swoje zdanie przy urnach.

(Potwierdza to moje dotychczasowe przeczucia, że czarna propaganda kręgów zbliżonych do kościelno-radiomaryjnych wpływa antykoncepcyjnie na młodszych i mobilizująco na starszych. Zresztą to nie jedyna możliwa reperkusja konszachtów religii z polityką.)

Politycy wykorzystują negatywną kampanię z bardzo prostego powodu. Ona DZIAŁA. Przeciętny zjadacz schabowego poszukuje sensacji, wobec czego polityk mu ją oferuje. Klasyczna ekonomia - jest popyt, jest podaż. Typowego wyborcy nie interesują pozytywne historie, on ich nie zapamięta. Okazuje się, że wyborcy przyswajają wyborczą papkę selektywnie. Najpierw wychwytują informacje negatywne, czytaj sensacyjne, a następnie wieści o ich ulubieńcu. Cała reszta jest równo olewana.

Przepis na usmażenie konkurenta jest bardzo prosty. Wystarczy w wyborcy obudzić silne negatywne emocje typu strach, niepokój czy poczucie zagrożenia w stosunku do obiektu negatywnej kampanii. W dzisiejszej perspektywie można przykładowo zarzucić takiemu kandydatowi ewentualną współpracę czy uległość wobec Putina lub zbytnie poleganie na NATO i Amerykanach, a w konsekwencji zaniedbywanie kwestii obronności. Wyborca poczuje się zagrożony i postawi krzyżyk w innej kratce. Z drugiej strony jednak, pisowska retoryka siania paniki działa połowicznie. Ma spore wzięcie, ale jest mecząca jak zgrana płyta.

Morał tego krótkiego postu jest prosty. Obrzucanie się łajnem zostaje. Co w roku podwójnych wyborów jest paskudną perspektywą. Jeszcze gorsza jest świadomość, że jaki adresat, taka kampania.

https://www.psychologytoday.com/blog/the-psychology-behind-political-debate/201111/why-do-politicians-always-attack-each-other

https://www.psychologytoday.com/blog/the-psychology-behind-political-debate/201005/threat-and-anxiety-why-negative-political-attack

 

niedziela, 26 kwietnia 2015

Witold Pilecki dobrowolnie wsadził się do Auschwitz. Karski ryzykując życie zbierał informacje na temat eksterminacji Żydów. Impuls? Nie. Świadome podjęcie ryzyka. Wypełnienie zaciągniętego zobowiązania wobec społeczeństwa. Dla nas akty odwagi.

A my wobec jakich dylematów stoimy? Jak chronić środowisko, jak dobrze wychować dzieci, jak zachować czyste sumienie, jak znaleźć w życiu sens,  jak poradzić sobie z perspektywą nieuchronnej śmierci... Nie ryzykujemy śmiercią, co najwyżej spokojem ducha.

Wpaja się nam od urodzenia szacunek dla uczciwości, mówi nam się jak jest ważna, a okazuje się, że jest ona honorowana tylko jako wyjątek od smutnej reguły, nagłaśnia się w mediach uczciwych znalazców portfeli, chociaż odbiorcy w głębi ducha uważają ich za frajerów, a codzienne wiadomości pękają w szwach od nadużyć, korupcji i pośledniejszych przekrętów.  I gdzie ta cnota uczciwości?

Sukces "House of Cards" polega na tym, że serial jest niepokojąco realistyczny. Politycy są kierowani ambicją, która czyni ich bezwzględnymi. Ta ambicja pociąga za sobą korupcję, pozoranctwo, cynizm, hipokryzję. Wszystkie te paskudne zachowania będące przeciwieństwem uczciwości. Nie istnieje w przyrodzie zjawisko "uczciwego polityka". No chyba że jako szkolny przykład oksymoronu.

Jeśli życie polityczne jest papierkiem lakmusowym zdrowia społeczeństwa, to nie rysuje się przed  nami różowa przyszłość. Wszechobecny jest brak szacunku, nienawiść, szczególnie w sytuacji, kiedy strony nie potrafią (nie chcą) dogadać się w sprawach legalizacji związków partnerskich, religii w szkole czy stanowiska wobec Rosji. Oponentom przypisuje się złą wolę, brak patriotyzmu, ateuszostwo i Eru wie co jeszcze. Znikła cnota słuchania, empatii, uczenia się od siebie wzajemnie i kompromisu. A kiedy rozum śpi budzą się demony, teorie spiskowe i polowania na czarownice. Każdy, nawet najgłupszy, pomysł może stać się prawdą objawioną.

Pisałam już wcześniej, że życie w społeczeństwie jest warunkiem przetrwania narodu a nawet gatunku. Życie w zdrowym społeczeństwie składającym się ze zdrowych jednostek. Tyle, że jednostki nie są uczciwe nawet same ze sobą. Patrzą w różowe zwierciadło i widzą w nim kogoś innego niż są: "jestem świetnym kierowcą" (do pierwszego przypału, a potem "Polak i przed szkodą i po szkodzie głupi", to ja, niestety), "ja nigdy bym Żydów nazistom nie wydał, nawet pod groźbą śmierci" (a wydałbyś, wydał), "jestem dobrym człowiekiem" (ale gejów nie zniese). Nie potrafią spojrzeć w oczy niewygodnej prawdzie, że my Polacy (z AK włącznie) mamy na sumieniu tysiące istnień żydowskich (naszych sąsiadów). Że serenissima res publica Polonia była ustrojem niewolniczym, a bardziej niż Boga boimy się księdza na ambonie. A dobrym politykiem jest ten, który nas w tym złudzeniu utwierdza (a czego się dla sukcesu wyborczego nie zrobi...).

Skoro jesteśmy sami ze sobą nieuczciwi nie wymagamy uczciwości od tych, którzy podejmują decyzje dla naszego wspólnego dobra. Żyjemy w rajskiej dziedzinie ułudy i tracimy ewolucyjną gwarancję przetrwania. Ewolucja eliminuje głupsze jednostki. I te bardziej nieuczciwe.

Profesor Bartoszewski miał rację. Warto być przyzwoitym.





 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8