O historii nie na kolanach
stat4u
Blog > Komentarze do wpisu

Wyborca - zwierzę emocjonalne

Jeśli jakiemukolwiek wyborcy wydaje się, że decyzję o tym czy i na kogo głosować podejmuje racjonalnie, to grubo się myli. Człowiek kieruje się popędami, tfu emocjami, a potem do swoich afektowanych zachowań dorabia teorię lub ideologię, jak kto woli. Kto jak kto, ale Polak, wieczna ofiara swojego narwania, powinien być tego świadomy. Ale kto lubi przyznawać się do swojej nieracjonalności?

Emocje wzbudzają w nas sprawy, które są nam bliskie, drogie. Dzięki uczuciom przezwyciężamy inercję i udzielamy się społecznie, charytatywnie, oddajemy krew i szpik. I to dzięki emocjom właśnie te nieszczęsne 49% pofatygowało się w niedzielę do urn. Kampania wyborcza (każda, w każdym kraju) pokazuje jednak tą mroczniejszą stronę emocjonalności człowieka. Człowieka bowiem bardziej rajcują podniety negatywne. Wystarczy popatrzeć na przeciwników praw gejów, aborcji, in-vitro… tytułują się oni ruchami pro-life, ale tak naprawdę ustawiają się “anty”. W każdym razie ich emocje (a co za tym idzie wyczyny) są o wiele bardziej wyraziste niż wyważone odczucia i zachowania zwolenników małżeństw homoseksualnych czy in-vitro. Głównym paliwem dla człowieka jest obrzydzenie, strach czy gniew - czy się to komuś podoba czy nie.

Panowie Tversky i Kahneman odkryli, iż osobnika ludzkiego bardziej napędza unikanie bólu niż szukanie przyjemności. Gdyby to ustalenie przenieść na grunt ostatnich wyborów prezydenckich (czy jakichkolwiek innych) okaże się, że te wspomniane 49% uprawnionych wrzuciło kartę do urny, aby oszczędzić sobie perspektywy oglądania przez kolejne pięć lat facjaty znienawidzonego pretendenta do tronu. Nie ma co ukrywać, że taka ewentualność wywołuje niepokój, rozczarowanie czy gniew. I obywatel pędzi do urny, żeby zminimalizować ryzyko nieprzyjemności. Niezależnie od obsady aktorskiej przedstawienia wybiera się niestety “przeciw”, nie “za”. I tegoroczne wybory wcale nie są pod tym względem wyjątkowe.

Inną stroną naszej emocjonalności jest zainteresowanie problemami niekoniecznie nas dotyczącymi. Jak zwykle ma to dobre i złe strony, bo o ile walka o najuboższych i najsłabszych jest czymś szlachetnym (w sytuacji bieda czy wykluczenie walczącego nie dotyczy), to zaglądanie do cudzego łóżka czy zajmowanie się sposobem rozmnażania sąsiadów rodzi tylko niesnaski. Podniecanie się cudzymi sprawami znamy aż za dobrze. Teoretycznie to co robi dwóch sąsiadów gejów razem w łóżku mnie nie dotyczy - przecież nie muszę tego oglądać, ani tym bardziej w tym uczestniczyć. A jednak. Pojawia się emocja obrzydzenia nakryta dla niepoznaki kocykiem prawa naturalnego. Afera gotowa.

Wchodząc znowu na grunt wyborczy - głosujemy na kandydata, który nie będzie narażał nas na nieprzyjemne doznania - zlikwiduje podatki w zamian za co podwyższy nam renty, emerytury i pensje, zdelegalizuje zachowania, które nas brzydzą (związki homoseksualne, “podejrzane” moralnie praktyki medyczne).

Można by się zastanawiać, czy tak niska frekwencja to powód do radości czy do smutku - z jednej strony może oznaczać, że połowa uprawnionej do głosowania populacji nie odczuwa wystarczająco silnych złych emocji, żeby wstać z kanapy i usiłować coś zmienić. Z drugiej strony, jak kiedyś pisałam, nadmiar obrzucania się ekskrementami przez polityków powoduje znieczulicę wśród społeczeństwa.  No to nie wiem - jest tak dobrze, czy tak źle...



czwartek, 14 maja 2015, weiglowa

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: